Menu

Cinemagogia

Chwalę dobre filmy, hejtuję chłam. Głos polskiego widza w Twoim komputerze

Kobieta z piątej dzielnicy. Polish boredom project podbija Paryż

lesheque

„- Co jest z tym filmem? Chyba maczał w nim palce jakiś Polak!

Google, Google, Google...

- Bingo! Reżyseria: Paweł Pawlikowski.”

Ta rozmowa zdarzyła się naprawdę, przed telewizorem. Drodzy cinemaniacy, bądźcie czujni z pilotem w dłoni. Nie dacie się zwieść zagranicznym nazwiskom w obsadzie. „Kobieta z  piątej dzielnicy” ma wszystko co tak lubimy w produkcjach znad Wisły. Sprzeczności i niekonsekwencje w fabule, wątki rozpoczęte, i pozostawione bez puenty, metafory, którym poeta zapomniał powiedzieć, co chciał przez nie powiedzieć. W końcu dofastrygowaną z nikąd scenę finałowa (zakończmy to jakoś, czas się kończy) pozostawiającą osłupiałego widza samego z napisami.

Ta międzynarodowa obsada to zresztą trochę lipa. Ethan Hawke chyba dość trwale wyleciał z rozrywkowej pierwszej ligi, doczekał się tam nawet afrontu w postaci wycięcia wszystkich gotowych scen ze swoim udziałem z remake’u „Pamięci absolutnej”. Bierze więc, co mu proponują i nie wybrzydza. Kristin Scott Thomas, choć gra tytułową bohaterkę, na ekranie pojawia się z rzadka i, zwłaszcza w scenach erotycznych, gra z miną, jakby wyświadczała komuś grzeczność. Joanna Kulig ciuła punkty do życiorysowej przegródki pt. „Kariera międzynarodowa”. Reszta obsady to statyści.

Żeby nie być posądzonym o gołosłowność

*************** TROCHĘ POSPOILUJĘ ***************,

z czystym sumieniem, bo trudno wrażenia z oglądania tego filmu jakoś poważnie popsuć.

Scenariusz fastryguje dwa wątki. W tym przyziemnym, bohater, rozbitek psychiczny i materialny, autor powieści o pretensjonalnym tytule, po wyjściu z więzienia przybywa do Paryża, by pogodzić się z córką i z żoną, która ma go serdecznie dość jako damskiego boksera. Wygoniony z mieszkania daje się okraść jak dziecko i robi to, co zrobiłby każdy na jego miejscu – idzie do podejrzanej speluny, i zatrudnia się w miejscowej organizacji przestępczej. Zasilony stabilną mafijną dniówką rzuca się w objęcia dwóch kobiet, nie zapominając o szeptaniu przez płot do dobrze pilnowanej córki i próbach stworzenia arcydzieła.

Brzmi zakalcowato? Uwierzcie, naprawdę smieszno-strasznie robi się, gdy wkraczamy w wątek metafizyczny w którym sardonicznie uśmiechnięta Kristin–muza (tak się przedstawia), zaczyna krwawą walkę o Duszę twórcy z jego miłością do rodziny.

Aby pogłębić cierpienie widza, bserwację wątłej fabułki zakłócają irytujące braki w logice. No bo dlaczego współczesny Amerykanin z middle class, okradziony za granicą nie próbuje uzyskać żadnej pomocy, tylko z od razu zatrudnia się u miejscowego rzezimieszka?

I dlaczego niby tenże rzezimieszek od ręki daje mu pracę w  szemranym interesie?

Dlaczego tajemniczy opiekuni bohatera z podziemnej meliny za jednym razem pozwalają mu bez skrępowania hasać po zakazanych pomieszczeniach a kiedy indziej grożą mu śmiercią za samo podejście do drzwi?

Jakim cudem pomniejszy księgarz z przedmieścia organizuje przyjęcie w olbrzymim apartamencie z którego okien można niemalże dotknąć wieży Eiffle’a?

Nie powinienem się czepiać się podobnych banałów w filmie, którego bohater uprawia w wannie seks z duchem-zabójcą? Niestety w tę pułapkę scenarzysta i reżyser łapią się sami, część dziwacznych perypetii tłumacząc działaniem wspomnianego demona (czymkolwiek by on był, tkwiącym w bohaterze zuem, klątwą ciążącą nad poszukującym wielkości artystą, czy jego popędem seksualnym), resztę pozostawiając bez wyjaśnienia.

Nieudacznictwa całości dopełnia przyczepiona sztucznie (nawet jak na ten film) promocja polskiej kultury. Grana przez Joannę Kulig polska barmanka próbuje zainteresować Amerykanina Norwidem (argument i uzasadnienie - umarł w Paryżu), ale nie rzuca na przynętę ani jednej linijki jego poezji. Obficie swego gościa raczy piwniczną wersją tuwimowskiego „Tomaszowa”, niestety dla odmiany nazwisko skamandryty, ani Ewy Demarczyk z ekranu nie pada. Ani wielki romantyk, ani królowa polskiej piosenki z tekstem swoich niewielkich paryskich przyczółków dzięki Pawlikowskiemu raczej nie poszerzą.

A ja mam poważny powód, żeby zacząć się bać obejrzenia "Idy". Nosząca Pawlikowskiego na rękach polska krytyka wspominała sporo o jego wcześniejszych sukcesach za granicą. Tymczasem, czy w Paryżu, czy w Bolonii tworzą polscy filmowcy, granica między magią a kuglarstwem wciąż jest dla nich zbyt trudna do przekroczenia.

© Cinemagogia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci